Lieu d’acceuil – co to jest?

Pod koniec lutego 2014 uczetniczyłam w jednym z etapów projektu współprowadzonego przez polską Fundację Zielone Domy, który polegał na serii spotkań w Barcelonie i pobliskim miasteczku Villanova. Projekt składa się z wymiany międy Francją, Hiszpanią, Szwajcarią i Polską, a jego efektem końcowym ma być stworzenie broszury o towarzyszeniu dziecku. Wanda Albińska, Magdalena Majos i Monika Matysiak z Fundacji Zielone Domy za cel stawiają sobie taki kształt wieńczącej projekt broszury, który mógłby przemówić do osób pracujących z dziećmi, opiekunów w przedszkolach i żłobkach i uwrażliwić ich na słuchanie dziecka.

Fundacja Zielone Domy, która jest polskim inicjatorem projektu, została założona z myślą o propagowaniu idei i dokonań francuskiej psychoanalityczki Francoise Dolto, która współpracowała z Lacanem od późnych lat 30. Dolto zajmowała się przede wszystkim dziećmi i stworzyła instytucję tzw. Zielonego Domu w Paryżu. Sposób funkcjonowania jej Zielonego Domu ma swoją szczególną specyfikę, i podobnie działające ośrodki na terenie Francji (których jest ok. 300) znane są jako lieu d’acceuil, miejsca przyjęć. To właśnie na idei acceuillir, czyli przyjmowania opiera się sposób funkcjonowania tych ośrodków.

Prace nad broszurą powracają do idei acceuil i sposób działania tych miejsc przyjęć jest swojego rodzaju źródłem przekazu o towarzyszeniu dziecku i jego rodzicom. W Polsce na dzień dzisiejszy nie ma jeszcze takiego miejsca.

W moim odczuciu idea lieu d’acceuil jest tak prosta i subtelna, że aż trudna do przekazania. Miejsca przyjęć nie są przychodnią, nie są też typowym klubikiem dla rodziców z małymi dziećmi. Chociaż z pozoru tak to właśnie wygląda – rodzice albo opiekunowie przychodzą tam z dziećmi w wieku od 0 do 4 lat, na tak długo jak chcą w ramach godzin otwarcia. W lieu d’acceuil są rożne zabawki, książki, etc. Na miejscu są tzw. acceuillants, co można tłumaczyć jako „przyjmujący”. Opisując ich rolę, łatwiej zacząć od powiedzenia, czym nie są. Nie są animatorami zajęć, nie są terapeutami, i nie są wychowawcami. Mają na oku nieliczne zasady związane z funkcjonowaniem danego miejsca (które ma przeważnie swoją nazwę, jak położony w Villanova Casa del Mar, albo np. Słoneczny Dom). Zasad jest nie więcej niż dwie, i są w niemal identyczne we wszystkich miejscach przyjęć. Pierwsza polega na tym, że imię i wiek przychodzącego dziecka jest podane przez rodzica lub opiekuna i zostaje zapisane na tablicy (nie jest podawane jego nazwisko, zarówno dziecko jak i opiekunowie pozostają anonimowi). Druga zasada sprowadza się do tego, że opiekun pozostaje na miejscu razem z dzieckiem. Czasami dochodzi też trzecia zasada, np. że gdzieś nie wolno wchodzić.

Przyjmujący są tam obecni, i są „do dyspozycji”. Rodzice lub opiekunowie sami spontanicznie mówią, adresują się nieraz do przyjmujących, a przyjmujący rozmawiają też z nimi. Wydawałoby się, że tego typu wymiany zdań mają miejsce na placach zabaw i w parkach między obcymi sobie osobami. Czasami jest to wesoła rozmowa, czasem westchnienie, albo słowa rzucone między wierszami. Dzięki słuchaniu te słowa mają jednak szanse wybrzmieć i nie zostać zagłuszone zrozumieniem, interpretacją, pociechą, lub oceną. Przyjmujący nie udzielają rad, i nie mają swojej gotowej koncepcji odnośnie tego, co dzieje się z dzieckiem lub w jego relacji z opiekunami. Nie oferują więc rozwiązań i nie oceniają.

Przede wszystkim mają gotowość słuchania, i stwarzają w ten sposób miejsce, gdzie każdy może być „przyjęty” w sposób otwarty. To jest punkt wspólny z psychoanalizą, z jej etyką „dobrego mówienia” do której odnosił się na lutowym seminarium z Forum Luis Izcovich. Punkt wspólny to waga słuchania, oraz założenie, że dziecko jest podmiotem mowy.

W miejscach przyjęć chodzi więc o stworzenie możliwości wysłowienia tego, co kogoś porusza, martwi, cieszy, zastanawia. Miejsca te działają w określonych godzinach, a przyjmujący (którzy zawsze mają też inne zatrudnienie), to czasem psychologowie, czasem pracownicy przedszkól, i czasami psychoanalitycy. Miejsca przyjęć to jednak nie psychoanaliza, ani nawet nie faza spotkań wstępnych. Jeden z zajmujących się też psychoanalizą przyjmujących stwierdził, że to ewentualny „wstęp do wstępu”. Lieux d’acceuil mają jednak charakter zwany prewencyjnym, dlatego, że stanowią nie obwarowaną ideologią ani celem (edukacyjnym, wychowawczym albo terapeutycznym) strefę słuchania i „goszczenia”, przyjmowania kogoś, w sposób zupełnie jednostkowy.

Jednym z partnerów projektu jest organizacja L’OASI z miasteczka Lugano, we włoskiej części Szwajcarii. Przez lata na terenie więzienia w Lugano udało się stworzyć miejsce przyjęć, które nazywa się Pollicino. Jeśli dziecko ma mniej niż trzy lata, w Szwajcarii zdarza się, że trafia do więzienia razem ze swoją matką. Niekiedy do Pollicino przychodzą więc dzieci, które same znajdują się w więzieniu. Częściej jednak dzieci przychodzą tam z zewnątrz, w ramach odwiedzin jednego z rodziców. Wtedy Pollicino służy również za miejsce przygotowań do takich spotkań. Nie chodzi o to, że jest jakiś program przygotowawczy. Ale możliwość mówienia i słuchania pozostają podstawą.

Z relacji pracującej w tym ośrodku Edith Cohen Tanugi wynika, że często znajdujący się w więzieniu ojcowie tak bardzo się tego wstydzą, że mówią swoim dzieciom, że są pracownikami więzienia. Jeden taki ojciec, który udawał, że jest pracownikiem, w rozmowie z pracującymi tam „przyjmującymi” stwierdził, że wie, że powinien powiedzieć prawdę, ale nie potrafi. Jego syn będąc w Pollicino rysował, i często pojawiał się w jego rysunkach dom o zakratowanych oknach. Świadczy to o tym, że dzieci często przeczuwają co się dzieje w życiu ich rodziców. Ojciec i syn oboje mogli skierować się do kogoś trzeciego, dzięki istnieniu tego miejsca i „przyjmujących”. Na tamtym etapie, tyle tylko mogło zostać przez nich wypowiedziane. Nie było idei dalszego naciskania ojca albo inicjatywy uświadamiania syna.

Cohen Tanugi przytoczyła jeszcze jeden przykład. Prowadziła dziewczynkę na odwiedziny z ojcem. Kiedy przechodziły obok strażników, dziewczynka powiedziała do niej „Niech pani powie im, że ja nie mam broni”. Na co Cohen Tanugi odpowiedziała „Powiedz im to sama”. W ten sposób dziewczynka mogła sama usymbolizować to, co miała do przekazania w tym miejscu.

„Prewencyjne” działanie miejsca przyjęć polega na daniu możliwości mówienia. Mówienie przez dziecko i przez jego rodziców ma wpływ na sposób oddziaływania na nie życiowych zdarzeń, losów i pragnień jego rodziców oraz konsekwencji tych pragnień dla dziecka.

Niezależnie od tego, czy może być potem mowa o spotkaniach wstępnych przed analizą, stworzona jest możliwość wybrzmienia myśli i przeczuć rodziców/opiekunów, a ich rozpoznanie to forma potocznie znanego „wejścia w kontakt z samym sobą”. I to może mieć fundamentalny wpływ na dzieci. W liście do Jenny Aubry Lacan pisał o „dziecku symptomie pary rodzicielskiej”, które jest wcieleniem tego, co symptomatyczne między rodzicami jako parą. Nerwica dziecięca to z kolei coś, co zawsze wyłania się później w słuchaniu dorosłych.

Miejsca przyjęć są dla mnie jakby echem psychoanalitycznego myślenia, wrażliwości i sposobu słuchania właściwego „etyce dobrego mówienia”. Są też zupełnie innym miejscem na mapie współczesnego miasta, właśnie przez to, że nie obiecują wachlarza usług albo szerokiej oferty konkretnych zajęć. Nie dają obietnic, nie proponują zestawów ćwiczeń. Oferują natomiast przyjęcie każdego.

 

Sara Rodowicz-Slusarczyk

Autor: Sara Rodowicz-Ślusarczyk