SZACUNEK DLA ŁOBUZA czyli klaps dla krytyków Freuda

Obiecane klapsy

Rozmawiając z tym lub owym psychologiem notuję pewne obrzydzenie lub pogardę dotyczące postaci Freuda. Gdy tylko wprowadzę ten temat. Bo rzadko kto z wyuczonego grona wywołuje Freuda sam. Jeśli to robi, to jedynie celem łatwego poklasku wśród słuchaczy. I radosnej wspólnoty w żartach z brodatego dziadka, który ciągle tylko o penisie i o seksie. Z grubsza całe to krytyczne towarzystwo psychologiczne można podzielić na dwa obozy.

Jeden z nich nazwałbym Telewizją Śniadaniową. Jest to grupa mało wiedząca i ekscytująca się plotkami, psychologiczne mieszczaństwo oburzone nie-etycznymi wątkami w życiu Zygmunta: romanse, narkotyki i złe traktowanie kobiet. Ciekawe, że charakter współczesnego magla musi być feministyczno-obrażalski. Drugi obóz to Zaciekli Przedstawiciele Myślenia Naukowego wytykający Freudowi plotkarskość właśnie i skrzywienie. Mierzi ich poważna teoria oparta na historiach ludzi mocno pokręconych. Chyba w obawie, że nieświadomość mogłaby dotyczyć ich samych, z pasją rozprawiają się z psychoanalizą.

Z plotkowaniem dyskutować nie będę, bo to również moja osobista przyjemność. Apeluję jedynie o rozdzielanie naszych wzruszeń z magla od dziedziny poważniejszej, gdzie skandal może niesłusznie przysłonić użyteczną mądrość. Z Naukowymi zastosuję argument siłowy. Oto artykuł z Scientific American, niestety płatny, pokazujący współczesne nastawienie nauki amerykańskiej do teorii Freuda. Na przedziwnym portalu w polskiej sieci można znaleźć jego pobieżnie tłumaczoną wersję. Wirtualnym seniorom radzę kliknąć w podkreślone teksty; leniwym podaję rozwinięcie tytułu „Neuronaukowcy odkrywają, że koncepcja Freuda sprzed 100 lat pozwala najlepiej ująć wyniki badań nad biologią mózgu w spójne ramy teoretyczne”.

Żyjemy w czasach, gdy inspiracji szuka się w starych źródłach. Dlatego fizyka przeprosiła się już dawno z filozofią. Natomiast neurologia i psychoanaliza traktują się wzajemnie jak śmierdzące jaja; nawet nie chcą tykać swych dziedzin z obawy przed teoretycznym ubrudzeniem. A polscy psychoanalitycy lacanowscy, z którymi nad wyraz sympatyzuję, są pod tym względem gorsi od swoich naukowych adwersarzy.

Pobudzenie w kapsule

Czytając czwarty rozdział z IX seminarium Lacana (koszmar, który można przeżywać tylko w przyjaznej grupie) trafiliśmy, wśród niejasnych bełkocików o podmiocie ludzkim, na odnośnik do Freuda. I że ów Freud niby tłumaczy coś, co Lacan nazywa potem „znaczącym”. Słowo to odmieniane na wszelkie przypadki w psychoanalizie lacanowskiej pojawia się w najważniejszych kontekstach: w definicji podmiotu, w genezie nieświadomości, we wskazówkach do klinicznego prowadzenia pacjentów. Ambitni mogą sięgnąć do „Instancji litery” rzeczonego autora albo do lingwisty de Saussura i potem wyobrażać sobie, że już zrozumieli pojęcie znaczącego. Ja na przykład tak miałem.

Lecz pewien niepokój niezrozumienia się utrzymał. Dlatego ucieszył mnie ten odnośnik freudowski. Dziadzio czasem nudzi, ale jaśniej pisze niż jego francuski apologeta. Szukam więc polecanego tekstu czyli listu nr 52 od Freuda do Fliessa. Internet oferuje tylko wersję angielską, wiec tłumaczę na polski, bowiem najlepszy to sposób na zgłębienie tekstu. W ten sposób odkrywam najnudniejszą kiedyś dla mnie część wywodów freudowskich: neurony, przewodzenie, impulsy i hamowanie. Żeby lepiej zrozumieć, czytam to samo, ale rozwinięte w oficjalnej sztandarowej pozycji „Objaśnianie marzeń sennych”. I zaczyna to działać na moją wyobraźnię.

Wyobraźcie sobie kinową kapsułę 5D, w której leżycie wygodnie i chłoniecie seans. Wnętrze kulistej kapsuły jest w całości ekranem, na którym wyświetla się cały zewnętrzny świat; i czułym przekaźnikiem głosów i zapachów. Projekcja jest tak dobra, że nie zdajecie sobie sprawy z istnienia owej kopuły. Ona wydaje się idealnie przezroczysta. A nie jest. I co najlepsze składa się z kilku warstw. Każda z nich działa niczym pryzmat: wpada prosty promień światła (albo prosty dźwięk), a wypada tęcza, albo jednorożec.

Zewnętrzna powierzchnia kapsuły to nasza skóra, bębenki słuchowe, oczy i inne narządy odbioru zmysłowego. Polecam książkę „Player One”, by wyobrazić sobie jak technologia przyszłości zaopiekuje się tą sferą. Serio. Freud jak i Lacan zwą ją percepcją, co powinno być jasne nawet dla psychologa telewizyjnego. Natomiast postać, która leży wygodnie i chłonie seans to świadomość. Nazywana jest podmiotem, bo wydaje się, że wszystkim steruje i daje pozór naszej osobistej unikalności. Ale zlekceważę ją idąc tropem bystrego Freuda i współczesnej neuronauki.

Łobuzerskim dość pomysłem jest umieszczenie podmiotu czyli centralnego ośrodka naszej osoby gdzie indziej; gdzieś w przezroczystych warstwach kopuły, między percepcją a świadomością. Freud wywąchał to niczym ciekawska fretka próbując różnych podejść, wycofując się, próbując kolejnych. Sposobem rozumowania przypomina raczej współczesnego doktora House’a. I tak też trafił na to dziwne miejsce, gdzie mieści się nasz podmiot. Znalazł tam też coś, co nazwał Wahrnehmungszeichen (czytaj: Waarne Mungz Cajsien). Ileś lat później lingwistyka odkryje je na nowo i nazwie „znaczącymi”.

Co najlepsze spece od marketingu wiedzą to już od  jakiegoś czasu. Że zanim przyjdzie Ci do głowy sięgnąć po bluzeczkę, to decyzja jest już podjęta, w twoim mózgu, odrobinę wcześniej. W salonikach tarota natomiast zwie się to intuicją.

Finalna satysfakcja

Wilgotny i ruchliwy nos Zygmunta doceniono potem dwa razy. Pierwszy raz zrobił to wspomniany już Lacan, francuz nieznośny w łamaniu zasad. Namierzył i opisał miejsce naszego podmiotu i rolę tajemniczych Wahrnehmungszeichen. I zbudował niestandardowy sposób prowadzenia psychoanalizy z pacjentami; okropny według ludzi zasad oraz terapeutycznych urzędników. Drugi raz doceniła Freuda o dziwo najnowsza amerykańska nauka. Ostatni numer Świata Nauki krzyczy o nieświadomości z okładki a amerykańskie ośrodki neuro-psychoanalityczne zrzeszają obie dziedziny we wspólnych działaniach.

Nie sądzę, żebym przekonał do Freuda rzesze psychologów, którzy ukończyli Wydziały i Uniwersytety. Zwracam się raczej do wąskiej grupy odważnych, którzy szukają na własną rękę. Do tych, którzy doceniają łobuzów bardziej niż urzędników. I do tych, którzy lubią ludzi z krwi i kości. Czas na przewietrzenie przyzwyczajeń poznawczo-behawioralnych. Niech nowe nadejdzie!

A jeśli w twoim śnie pojawią się istoty i zaczną szeptać: waaarnemungzzzzcaaajsien, to koniecznie udaj się do lacanisty. On wie, co się z tym robi…

Marcin Klaus

Dla chętnych zgłębienia na własną rękę:

- List 52 Freuda do Fliessa „Periodyczność i autoanaliza”: tłumaczenie robocze dostępne u autora artykułu

- „Objaśnianie marzeń sennych” S. Freud, rozdz. VII „O psychologii procesów sennych”, część B. „Regresja”

- Seminarium XI „Cztery fundamentalne koncepty psychoanalizy” J. Lacan, rozdz. IV „O sieci znaczących”, cztery ostatnie akapity pierwszej części rozdziału: tłumaczenie robocze dostępne u autora artykułu

Autor: Marcin Klaus